Wiem tylko, że zanim zaczął się nowy rok, ziemia była już w 100% nasycona, a od tego czasu mieliśmy jedną wielką burzę po drugiej, wszystkie ustawione w kolejce po drugiej stronie Atlantyku, czekające na swoją kolej. Nikt, z kim rozmawiałem, bez względu na wiek, nie pamięta takiej zimy jak ta. Jak dotąd mieliśmy szczęście, że nie zostaliśmy zalani (nie znajdujemy się w pobliżu rzeki, a nasz dom położony jest na grzbiecie nad doliną), a nasz stosunkowo nowy dach, kominy i panele słoneczne wytrzymały huraganowe wiatry z początku lutego. Trzymamy kciuki za resztę zimy.


Ofiary wśród cytrusów

Jedną z mało zauważalnych ofiar całej tej wilgoci i nieszczęścia były nasze uprawy cytrusów - pomarańczy, mandarynek, cytryn i limonek. Obfita wilgoć sprawiła, że wszystkie owoce są bardzo soczyste, ale brak światła słonecznego oznacza, że nie dojrzały one prawidłowo. Ciężkie, pełne soku owoce po prostu spadają z drzew i leżą tam, gnijąc, chyba że je zbierzemy. Skrzynki mandarynek. Wiadra limonek i cytryn. Taczki pomarańczy. Połowa mandarynek i pomarańczy jest gorzka w smaku, ponieważ brak słońca oznacza, że nie zostały posłodzone, więc ich użycie jest ograniczone i chociaż lubię ostre cytrusowe smaki, te są trochę zbyt au naturel.

Kredyty: Pexels; Autor: Quang Nguyen;

Następnie są chu chu (lub wolisz xu xu?) Rosną jak winorośl, a mokra pogoda spowodowała ich nadmiar - wszystkie ciężkie i obciążone wodą i leżące na ziemi, rozkładające się ponuro, zamiast cierpliwie czekać na winorośli, aby je zerwać w razie potrzeby. Chu chus same w sobie mają bardzo mdły smak, ale stanowią doskonały dodatek do zup i tym podobnych, więc każda zupa i gulasz, które jedliśmy przez ostatnie kilka miesięcy, były przepełnione duszonymi wersjami tej jadalnej tykwy. Niemniej jednak, podaż wydaje się nie mieć końca. Potrzebowaliśmy planu, aby poradzić sobie z górami owoców i warzyw, które pozostawione samym sobie, przykryłyby nas i udusiły.

Nieunikniony dylemat

Stanąłem przed nieuniknionym dylematem z odpornością i hartem ducha: jak połączyć tykwę i cytrusy w sposób, który byłby zarówno przyjemny, jak i naprawdę mile widziany. Dżem był mniej więcej wykluczony, ponieważ chu chu zawiera tak dużo wody, że prawie żadna ilość pektyny nie pozwoli mu zastygnąć, o czym przekonałem się z doświadczenia. Jeśli chodzi o mandarynki, to odkąd pierwsze pół tony mandarynek wylądowało z hukiem na ziemi, każdy z nas zjada po trzy lub cztery po obiedzie i kolacji, ale nie wygląda na to, żebyśmy uszczuplili zapasy. Sąsiedzi oczywiście ich nie chcą, ponieważ borykają się z podobnymi problemami, a my już wypełniliśmy obie zamrażarki po brzegi świeżo wyciśniętym sokiem owocowym (wiedziałam, że ta ogromna kolekcja litrowych pojemników na jogurt, którą zgromadziłam, pewnego dnia się przyda). Pracowałem nad sprytnymi eksperymentami kulinarnymi w ciemne noce, gdy na zewnątrz szalał deszcz i wiatr, pracując nad gorącym piecem, gdy zasilanie było włączone i zimnym, gdy było wyłączone, i w końcu udało mi się wyłonić zwycięzcę.

Kredyty: Unsplash; Autor: Tim MossholdeR ;

Wymagało to dużego rondla, naszej zaufanej varinha mágica, sokowirówki, asortymentu chu chu, stosu pomarańczy i limonek, resztek suszonych owoców ze Świąt Bożego Narodzenia (pudełko powoli wysychających daktyli bardzo dobrze się sprawdziło), trochę mąki z mandioki i trochę mąki migdałowej. Chu chu wymagało oczywiście najpierw ugotowania, co zrobiłam przy użyciu minimalnej ilości wody, suszonych owoców i skórki pomarańczowej. Od czasu do czasu mieszałam w kociołku, rechocząc, gdy uznałam to za stosowne, a nasze dwa czarne koty mruczały, sugerując zaklęcia i uroki. Następnie mieszanka chu chu i owoców została dokładnie zmiksowana. Owoce zostały wyciśnięte i dodane do stygnącego bałaganu wraz z mąkami, które zostały dokładnie wymieszane, aż stały się dość lepkie i lepkie. Po ostygnięciu był to, choć sam to mówię, triumf kulinarnego szczęścia i polecam go każdemu przechodzącemu szefowi kuchni nagrodzonemu gwiazdką Michelin.

Oczywiście nie zmienia to faktu, że przed kuchnią piętrzą się góry produktów i jak dotąd zauważam brak szefów kuchni z gwiazdkami Michelin, którzy wpadają po zapasy. Najbardziej zastanawiające. Tymczasem na polach owoce wciąż spadają na ziemię, więc po raz kolejny musimy założyć gumowe buty, zapiąć nasze przeciwdeszczowe ubrania, mocno naciągnąć kaptur na nos i brodzić przez hektary błota, aby napełnić kolejne pół tuzina wiader. Westchnienie.