Wielki brytyjski duopol polityczny. Ta wygodna stara huśtawka między czerwonymi i niebieskimi rozetami. Ale czy ten odwieczny układ nagle trafił w bufory?
Pisząc ten artykuł, będę musiał użyć dość szerokich pociągnięć pędzla, ponieważ to, co jest aktualne w momencie pisania, może być starymi wiadomościami, zanim atrament trafi na wałki.
Tutaj, w słonecznej Portugalii, wszystko wydaje się odległe o milion mil. Ale stare brytyjskie polityczne status quo wygląda teraz jak wyczerpany stary nadmorski osioł w Blackpool. Jest wciąż żywy, ale tylko mgliście funkcjonalny, gdy stoi w deszczu, zastanawiając się, gdzie wszystko poszło nie tak.
Jak wielu z nas boleśnie zdaje sobie sprawę, wybory w maju 2026 r. nigdy nie były zapowiadane jako zwykłe narzekanie w połowie kadencji. Sondaże miały do opowiedzenia zupełnie inną historię. To, co się wydarzyło, nie było rutynowym drubbingiem dla partii rządzącej, ponieważ brytyjska opinia publiczna dostarczyła coś zupełnie innego. Partia Pracy została zmiażdżona, a Konserwatyści całkowicie upokorzeni. W międzyczasie Nigel Farage i jego Partia Reform przeszli przez gruzy jak człowiek, który właśnie wygrał na loterii.
Zarówno w Anglii, jak i w Walii, Reformy zyskały na popularności. Wiekowe rady obaliły się, gdy analitycy polityczni w BBC zaczęli mówić spanikowanym tonem. Partia Pracy straciła poparcie lewicy i prawicy, podczas gdy konserwatyści kontynuowali swoją nieubłaganą transformację, aby stać się pierwszym otwarcie opodatkowanym organem politycznym w Wielkiej Brytanii.
Oczywiste jest, że miliony wyborców nie wierzą już, że którakolwiek z głównych (dawnych) partii faktycznie wierzy w cokolwiek, co miałoby dla nich jakąkolwiek wartość. To jest prawdziwe trzęsienie ziemi. Przez dziesięciolecia brytyjska polityka działała jak profesjonalne zapasy. Partia Pracy pojawiła się w czerwonym narożniku, obiecując sprawiedliwość i większe wydatki publiczne, podczas gdy w niebieskim narożniku pojawili się konserwatyści, obiecując wydajność i niższe podatki. Ale po każdych wyborach wszystko było jak zwykle, podczas gdy reszta z nas nie widziała żadnej namacalnej różnicy w świecie rzeczywistym.
Teraz linie ideologiczne rozmyły się w kompletną papkę. Partia Pracy pod rządami Keira Starmera często mniej przypomina ruch polityczny, a bardziej zarząd, który stara się nikogo nie zdenerwować. Wielką tragedią Starmera jest to, że spędził lata na przekonywaniu środkowej Anglii, że nie jest niebezpieczny, tylko po to, by odkryć, że wyborcy naprawdę doceniają odrobinę charyzmy, a przynajmniej kogoś z wykrywalnym pulsem. Zamiast tego przypomina bota wygenerowanego przez sztuczną inteligencję.
W międzyczasie konserwatyści przypominają niegdyś wspaniały stary dom, który został przekształcony w dom wypoczynkowy dla starych, zużytych polityków. Po Brexicie, Borisie, Truss, inflacji, chaosie migracyjnym, upadku usług publicznych i obrotowych drzwiach załamań nerwowych premiera, wyborcy spojrzeli na ten metaforyczny stary stos torysów i doszli do wniosku, że może on być teraz nawiedzany przez duchy minionej chwały.
Nieuchronnie więc w tę próżnię wkroczyła reforma. Westminster wciąż utrzymuje, że reforma to tymczasowy napad złości, głos protestu lub polityczny numerek na jedną noc po zbyt wielu kuflach najlepszego populizmu. Analiza ta wydaje się jednak coraz bardziej zadufana. Dzieje się tak dlatego, że Reforma sięga po coś znacznie głębszego niż zwykłe niezadowolenie. Rozumie, że współczesna polityka nie opiera się już głównie na ekonomii. Chodzi o tożsamość, zaufanie i poczucie przynależności kulturowej.
Miliony wyborców czują się niesłyszani, wyszydzani i ekonomicznie zatrzymani. Widzą rosnące koszty mieszkań, chwiejące się usługi publiczne, imigrację utrzymującą się na wysokim poziomie pomimo licznych pustych obietnic. Widzą, jak całe miasta podupadają, podczas gdy londyńskie elity spoglądają w dół z wież z kości słoniowej, debatując nad zaimkami lub tym, które mleko owsiane jest najlepsze do użycia z ich ekspresami baristycznymi za 2000 funtów. Możemy nie lubić odpowiedzi Reformy; wielu to robi. Ale udawanie, że pytania, które stawiają, są w jakiś sposób wyimaginowane lub całkowicie chamskie, jest właśnie powodem, dla którego partie establishmentowe wciąż dostają ciosy w moosh.
Wzrost znaczenia Reform nie jest już tylko problemem torysów.
Tradycyjnie Partia Pracy mogła polegać na północnych mandatach klasy robotniczej tak, jak Włosi polegają na oliwie z oliwek. Ale ta lojalność wyparowuje teraz szybciej niż cierpliwość w kolejce do odprawy celnej na lotnisku w Faro. Przełomowe reformy w dawnych laburzystowskich zagłębiach pokazują, że dzieje się coś naprawdę historycznego.
W międzyczasie Partia Pracy jednocześnie traci poparcie dla Zielonych, zwłaszcza wśród młodszych miejskich postępowców. Starmer stoi więc w obliczu politycznego odpowiednika bycia atakowanym przez wilki z obu stron lasu.
Jego wizja Partii Pracy jest zbyt centrowa dla lewicy i zbyt menedżerska dla populistów.
Ale w chwili, gdy to piszę, pytanie brzmi: czy uda mu się przetrwać? Technicznie rzecz biorąc, tak. Ale wydaje się to coraz mniej prawdopodobne. Będę zdumiony, jeśli do czasu, gdy ten artykuł trafi do prasy, nie pojawi się jakiś harmonogram jego odejścia.
Wielką Brytanię wciąż dzielą lata od wyborów powszechnych. Rządy mogą się odbudować, a opozycja implodować. Reformy mogą jeszcze ucierpieć z powodu tradycyjnego losu partii powstańczych, gdy wyborcy zaczną zadawać niewygodne pytania i oceniać je na podstawie ich wyników, a nie objętości ich przesłania.
Jest jeszcze jedno ważne zastrzeżenie. Wybory lokalne to nie wybory powszechne. Brytyjscy wyborcy mają długą tradycję wykorzystywania kart do głosowania w radach do krzyczenia w pustkę, zanim spokojnie powrócą do głównych partii, gdy faktycznie wybiorą rząd.
Istnieją jednak oznaki, że sprawy są ostatnio głębsze. Stare lojalności plemienne pękły. Przez większość XX wieku lojalność polityczna była niemal dziedziczona na poziomie genetycznym. Rodziny głosowały na Partię Pracy, ponieważ tata pracował w fabryce. Inne rodziny głosowały na torysów, ponieważ dziadek był właścicielem dobrze prosperującej firmy i nie ufał nikomu, kto nosił kombinezon. Ale ten świat odszedł. Współczesna Wielka Brytania jest teraz bardziej rozdrobniona, podejrzliwa i politycznie bezdomna. Wyborcy dryfują między partiami z takim zaangażowaniem, z jakim ludzie wybierają, czy chcą oglądać Netflix czy Disney+
Stworzyło to przerażający poziom niestabilności dla obu starych głównych partii, ponieważ wyborcy nie przyznają już długich okresów próbnych. Rządy i premierzy mieli kiedyś pięć lat na pokazanie swojej wartości. Teraz dostają ledwie dziesięć minut.
W dzisiejszych czasach reformy korzystają z czegoś jeszcze cenniejszego niż szczegóły polityki. Jasność. Dzieje się tak, ponieważ Farage mówi odważnym, prostym językiem w erze dwuznaczności zarządzania. Specjaliści z Westminsteru szydzą z tego nieustannie, zwykle na chwilę przed tym, jak Partia Pracy lub Torysi przegrywają kolejne wybory uzupełniające na rzecz Reform.
Oczywiście partie powstańcze w końcu muszą się z tym liczyć. Ruchy protestacyjne są doskonałe w identyfikowaniu problemów, ale rzeczywisty proces rządzenia wymaga doskonałej sztuki rozwiązywania problemów zarówno w sposób pragmatyczny, jak i niedrogi. W miarę rozwoju reformy, kontrola bez wątpienia będzie się nasilać. Kandydaci będą badani, polityka kalkulowana, a sprzeczności ujawniane. To właśnie wtedy ruchy albo dojrzewają do prawdziwych sił politycznych, albo upadają jak altana podczas wichury.
Ale odrzucenie Reform byłoby katastrofalnym błędem. Ponieważ ich błyskawiczny wzrost nie wygląda już na tymczasowe chybotanie. To bardziej jak obserwowanie Wielkiej Brytanii wkraczającej w nową erę polityczną. Krajobraz wygląda na coraz bardziej rozdrobniony, niestabilny, plemienny i głęboko nieufny wobec konsensusu establishmentu.
Prawdziwymi przegranymi w maju 2026 r. byli nie tylko laburzyści i konserwatyści.
Był to cały stary porządek w bańce Westminsteru. Błędne założenie, że wyborcy będą bez końca rotować między dwiema coraz bardziej podobnymi partiami, zawsze było aroganckim błędem. To założenie tli się teraz w kraterze gdzieś pomiędzy Whitehall a Sunderlandem. W międzyczasie, gdzieś w biurze w Westminsterze, głęboko wyczerpany strateg polityczny prawdopodobnie wpatruje się w arkusz kalkulacyjny, szepcząc sześć najbardziej przerażających słów we współczesnej brytyjskiej polityce. "A co, jeśli to wszystko jest trwałe?".
Co w rzeczy samej?







Follow us on social media