Kapelania anglikańska św. Wincentego, należąca do diecezji Kościoła Anglii w Europie, służy międzynarodowej, anglojęzycznej wspólnocie wiernych w zachodniej części Algarve. Ojciec Rob kieruje kościołem w Luz od kwietnia 2017 r., pełniąc jednocześnie funkcję dziekana okręgu w Portugalii. Jednak w sierpniu tego roku wygłosi swoje ostatnie kazanie, po czym powróci do Anglii, aby rozpocząć zupełnie nowy rozdział w swoim życiu.

Jego ostatnia niedziela w Algarve przypada 16 sierpnia.

„Wiem, że wyglądam na bardzo młodego” – śmieje się – „ale w tym roku kończę 62 lata”.

Chociaż do emerytury pozostało mu jeszcze pięć lat, wydaje mu się, że to odpowiedni moment. Rodzina w Wielkiej Brytanii, kwestie związane z emeryturą oraz przyszłe możliwości zawodowe – wszystko to miało wpływ na tę decyzję. Jednak względy praktyczne to tylko część historii.

Tutaj, w Luz, ojciec Rob pozostawia po sobie kwitnącą wspólnotę wiernych, wyjątkowy chór oraz kościół, który w trakcie jego posługi stał się coraz bardziej zróżnicowany. W Anglii będzie sprawował opiekę nad czterema wiejskimi kościołami w hrabstwie Cambridgeshire, z których niektóre liczą zaledwie garstkę wiernych.

„Rozum podpowiada mi, że to szaleństwo” – przyznaje. „Ale serce mówi mi, że to właściwa decyzja”.

To napięcie między logiką a powołaniem wydaje się towarzyszyć mu przez większość życia.

Zanim został księdzem, ojciec Rob cieszył się udaną karierą w branży IT – pasją, której do dziś nie stracił.

„Zanim stało się to moją karierą, było moim hobby i nadal nim pozostaje”.

Jego droga do kapłaństwa nie była wynikiem dramatycznego nawrócenia, ale stopniowej przemiany. Po tym, jak zaczął uczęszczać do lokalnego kościoła, coraz bardziej pociągała go teologia.

„Zauważyłem, że czytam więcej książek teologicznych niż technicznych o informatyce. Moje życie zmierzało raczej w tę stronę niż w stronę informatyki”.

Dzisiaj jego fascynacja technologią trwa nadal. Sztuczna inteligencja to temat, który śledzi z bliska – nie tylko z technicznego punktu widzenia, ale jako praktyczne narzędzie, które może pomóc ludziom komunikować się w bardziej przemyślany sposób.

Śmieje się, że sztuczna inteligencja okazała się zaskakująco przydatna przy zastanawianiu się nad odpowiedziami na trudne e-maile, ponieważ „nigdy nie zaostrza sytuacji. Dość często je łagodzi”.

Jednak na długo przed tym, zanim został chrześcijaninem, zawsze poszukiwał czegoś głębszego.

Dorastając, fascynowała go filozofia Wschodu, medytacja i buddyzm zen, co wynikało z jego zainteresowania karate. Patrząc wstecz, mówi, że zawsze czuł, iż istnieje coś poza nim samym.

„Zawsze czułem, jakby coś tam było. Myślę, że wszyscy prowadzimy rozmowy z Bogiem”.

Dla niego przyjęcie chrześcijaństwa nie spowodowało nagłego pojawienia się wiary; po prostu nadało temu doświadczeniu nazwę.

Jak na ironię, po raz pierwszy poszedł do kościoła z nadzieją, że potwierdzi swoje przekonanie, iż chrześcijanie są w błędzie.

„Poszedłem tam, żeby potwierdzić swoje przekonanie, że wszyscy oni są szaleni” – mówi z uśmiechem. „A teraz sam stałem się jednym z nich”.

Jego rozumienie modlitwy jest równie proste.

Zamiast nieustannego proszenia o odpowiedzi, opisuje modlitwę jako wyraz wdzięczności i rozmowę.

„To po prostu ja, wracający ze szkoły i opowiadający Bogu, co robiłem tego dnia”.

Czasami jednak zdarzają się chwile, które wydają się inne.

Pewnego wieczoru, jadąc do domu i rozmyślając o decyzji o wyjeździe z Portugalii, doświadczył czegoś, co opisuje jako wyraźną wewnętrzną odpowiedź.

„To nie był słyszalny głos” – wyjaśnia. „Ale to było jak myśl, która po prostu mówiła: »Zaufaj mi w tej sprawie«”.

Takie chwile zdarzają się rzadko.

„Prawdopodobnie zdarza się to raz na pięć lat” – mówi.

Dla księdza Roba wiara to nie tyle spektakularne cuda, co raczej cicha pewność. Kiedy wiele lat temu jego syn uległ poważnemu wypadkowi, ktoś zasugerował, że będzie to sprawdzianem jego wiary.

Jego odpowiedź zaskoczyła wszystkich.

„»Och, nie wygłupiaj się. Oczywiście, że nie« – odpowiedziałem”.

Nigdy nie wierzył, że wiara zależy od tego, czy życie zawsze układa się pomyślnie.

„Nie wierzę, że Bóg czyni zło. Czuję, że Bóg jest zawsze przy nas, wspierając nas zarówno w trudnych, jak i w dobrych chwilach”.

W ciągu ostatnich dziewięciu lat ta cicha, niezachwiana pewność znalazła odzwierciedlenie w wspólnocie kościelnej, którą pomógł zbudować w Praia da Luz.

Kiedy przybył tu po raz pierwszy, wyobrażał sobie, że będzie głównie służył brytyjskim emerytom mieszkającym za granicą.

Zamiast tego zastał coraz bardziej międzynarodową wspólnotę wiernych.

Dzisiaj obok brytyjskich członków są Amerykanie, mieszkańcy RPA, Niemcy, Włosi, Holendrzy i wielu innych. Dyrygent chóru pochodzi z Mołdawii, a do wspólnoty dołączyły również młodsze rodziny i cyfrowi nomadzi.

„Z pewnością jest tu sporo cyfrowych nomadów” – mówi. „Ludzie, którzy mogą pracować gdziekolwiek, więc dlaczego nie mieliby pracować w słońcu?”

Jednak pomimo zmieniającej się struktury demograficznej uważa on, że większość nowoprzybyłych przyjeżdża z jednego prostego powodu.

„Myślę, że wiele osób, które do nas przychodzą, to już wierni i po prostu chcą znaleźć kościół w nowym miejscu zamieszkania”.

Niektórzy są jednak po prostu ciekawi.

„Mamy też osoby zainteresowane, które stawiają pierwsze kroki w kierunku lepszego poznania chrześcijaństwa”.

To, co ojciec Rob ceni najbardziej w parafii św. Wincentego, to jej różnorodność.

„Uwielbiam tę kosmopolityczną atmosferę”.

Dorastając w londyńskiej dzielnicy Hackney, otaczali go sąsiedzi pochodzenia tureckiego, żydowskiego, z Indii Zachodnich i azjatyckiego – to doświadczenie ukształtowało sposób, w jaki postrzega Kościół dzisiaj.

„Dla mnie to jest prawdziwy Kościół. Tym, co nas łączy, nie jest narodowość, lecz nasza wiara”.

Chociaż parafia jest tradycyjnie anglikańska, wśród wiernych regularnie spotykają się obok anglikanów również metodyści, baptyści i katolicy.

W miarę jak zbliża się jego odejście, doskonale wie, za czym będzie tęsknił.

„Chór” – odpowiada bez wahania. „Są niesamowici. Absolutnie niesamowici”.

Uważa, że to właśnie muzyka nadaje nabożeństwu większość jego piękna i emocjonalnej głębi.

„To naprawdę wzbogaca nabożeństwo”.

Będzie mu również brakowało liczebności i energii zgromadzenia.

W hrabstwie Cambridgeshire zostanie proboszczem czterech wiejskich kościołów, w tym kościoła św. Piotra w Old Hurst – średniowiecznego kościoła wpisanego do rejestru zabytków klasy II*, pochodzącego głównie z XIII wieku, położonego w wiosce liczącej zaledwie około 250 mieszkańców. Spokojna okolica Fenland nie mogłaby bardziej różnić się od tętniącej życiem międzynarodowej wspólnoty wiernych, którą prowadził w Praia da Luz.

Niektóre z tych kościołów przyciągają w niedzielę zaledwie od czterech do dziesięciu wiernych.

„Miło jest, gdy patrzy na ciebie sto osób, a nie tylko jedna” – mówi. „Ale ta jedna osoba też jest ważna”.

Ma nadzieję pomóc tym kościołom rozwijać się tam, gdzie to możliwe, zdając sobie jednocześnie sprawę, że niektóre wspólnoty są po prostu z natury małe.

Portugalia jednak nigdy nie będzie daleko.

Wraz z żoną Angelą planują często tam wracać, tym razem jako goście, a nie mieszkańcy. Już nie mogą się doczekać zwiedzania miejsc, na które nie mieli czasu, mieszkając tam, w tym Fátimy i Tomaru.

Po dziewięciu latach ksiądz Rob uważa, że może być najdłużej pełniącym tę funkcję kapelanem w historii parafii św. Wincentego. Ta ciągłość zapewniła stabilność wspólnocie, ale wie on, że kościoły istnieją niezależnie od konkretnej osoby.

Wspominając wizytę w poprzedniej parafii, uśmiecha się, przypominając sobie coś, co powiedział mu kiedyś jeden z parafian.

„Muszę się do czegoś przyznać” – powiedział. „Jest pan teraz moim drugim ulubionym proboszczem”.

Uznał to za komplement. Oznaczało to, że następny ksiądz stał się równie kochany.

Po dziewięciu latach spędzonych w Algarve ojciec Rob zamieni słońce na niebo nad Cambridgeshire, tętniącą życiem międzynarodową wspólnotę wiernych na średniowieczne wiejskie kościoły, których historia sięga prawie 800 lat wstecz. Jak sam przyznaje, nie jest to ruch, który ma największy sens z logicznego punktu widzenia.

Patrząc wstecz, mówi, życie często nabiera sensu dopiero z perspektywy czasu.

„To dzieje się stopniowo, czasem w trakcie podróży” – zastanawia się. „Często dopiero patrząc wstecz, dostrzegasz, jak bardzo wszystko się zmieniło”.

Dla wiernych kościoła św. Wincentego w Luz sierpień będzie oznaczał koniec pewnej epoki. Dla księdza Roba jest to po prostu kolejny krok na drodze, która zaprowadziła go już od londyńskiego taksówkarza i informatyka do zawodu duchownego Kościoła anglikańskiego, a teraz – z jednego z najbardziej tętniących życiem kościołów w Algarve do jednych z najstarszych w Anglii.