To trochę jak w serialu „Coronation Street”. Twierdzisz, że przestałeś go oglądać już wiele lat temu, ale jakoś nadal wiesz, kto z kim się kłóci. A teraz, gdy Andy Burnham prawie na pewno znajdzie się przed siedzibą premiera przy Number 10, niezręcznie machając do fotografów i zastanawiając się, gdzie jest czajnik, wielu brytyjskich emigrantów w Portugalii natychmiast zada to kluczowe pytanie: „Co to wszystko oznacza dla nas?”.
Zgadnijcie co? Prawdziwa odpowiedź brzmi prawdopodobnie: mniej, niż byście sobie wyobrażali.
Brytyjskie rządy mają niezwykły talent do wydawania dramatycznych oświadczeń, które ostatecznie kończą się tym, że ktoś w Whitehall sporządza 400-stronicowy dokument konsultacyjny, w którym stwierdza się, że konieczne są kolejne konsultacje. Ci oszuści wiedzą, jak narobić sobie więcej pracy. To całkiem lukratywne.
Niemniej jednak fajnie jest spekulować. Burnham od dawna pozycjonuje się jako orędownik usług publicznych, decentralizacji i zwykłych ludzi pracy. Trudno go uznać za politycznego odpowiednika kierowcy Formuły 1. Bardziej przypomina niezawodnego kierowcę Volvo, który jest z natury praktyczny, budzi zaufanie i raczej nie wystraszy koni. To może faktycznie spodobać się wielu emigrantom.
Po burzliwych latach brexitu i premierów, którzy pojawiali się i znikali z szybkością, z jaką psuje się sałata w supermarkecie, wielu Brytyjczyków w Portugalii prawdopodobnie z zadowoleniem przyjmie coś, co choćby w przybliżeniu przypomina stabilność. Dzieje się tak, ponieważ stabilność jest nieco niedoceniana. Nie doceniasz jej, dopóki nie spędzisz trzech godzin, próbując odnowić paszport online, podczas gdy połączenie internetowe ciągle się zrywa, bo kot sąsiada zasnął na routerze.
Dyskusja na temat opieki zdrowotnej
Opieka zdrowotna z pewnością będzie jednym z pierwszych tematów poruszanych przy kawie w Tavirze, Lagos czy Albufeirze. Większość emerytów korzysta z umów między Wielką Brytanią a Portugalią, które zapewniają im dostęp do opieki zdrowotnej niezależnie od tego, gdzie się akurat znajdują. Burnham generalnie opowiada się za wzmocnieniem publicznej opieki zdrowotnej, a nie jej likwidacją, więc wielu emerytów może po cichu odetchnąć z ulgą. Nie dlatego, że nagle wszystko stałoby się wspaniałe, ale dlatego, że niepewność jest tak wyczerpująca.
Jest jeszcze drobna kwestia emerytur. Brytyjscy emigranci posiadają wyjątkową umiejętność obliczania kursów walut z dokładnością do miejsc po przecinku, jednocześnie uparcie twierdząc, że „tak naprawdę nie interesują ich pieniądze”. W wielu willach emigrantów każdy ruch funta szterlinga względem euro wywołuje sceny kojarzone zazwyczaj z centrum kontroli misji NASA. „Jeśli kurs osiągnie 1,23 euro, Doris, będziemy mogli sobie pozwolić na to mieszkanie z widokiem na morze”. Widzicie więc, że gdyby polityka gospodarcza Andy’ego Burnhama przekonała rynki finansowe, że Wielka Brytania faktycznie staje się spokojniejsza i bardziej przewidywalna, funt mógłby na tym zyskać. Mógłby nawet odnotować wzrost.
Równie dobrze rynki mogłyby zareagować zupełnie inaczej. Wahania kursów walut zależą od szerokiego wachlarza czynników ekonomicznych, a nie tylko od tego, kto zajmuje numer 10 przy Downing Street. Oznacza to, że codzienny rytuał sprawdzania kursu walutowego przed zamówieniem kolejnej butelki Vinho Verde raczej nie zniknie.
Opróżnianie portugalskiej kawiarni
Podatki? Ach tak. Temat, który potrafi opróżnić portugalską kawiarnię szybciej niż krzyk „nadchodzi wieczór panieński”. Emigranci nieuchronnie martwią się, że nowy rząd może zacząć spoglądać na zagranicznych emerytów niczym piraci dostrzegający skarb. Realistycznie rzecz biorąc, radykalne zmiany skierowane konkretnie przeciwko brytyjskim rezydentom w Portugalii byłyby politycznie skomplikowane i znalazłyby się nisko na liście priorytetów każdego rządu. Są znacznie pilniejsze sprawy niż to, czy Dave z Doncaster płaci wystarczająco dużo brytyjskich podatków, skromnie gromadząc wszystkie swoje niewydane euro w „Casa dos Whippets” w Quarteira.
Sytuacja staje się naprawdę interesująca, gdy mowa o stosunkach z Europą. Burnham często mówił o odbudowie bliższych relacji z europejskimi sąsiadami bez konieczności ponownego otwierania starych sporów dotyczących brexitu. Dla brytyjskich rezydentów w Portugalii mogłoby to oznaczać płynniejszą współpracę w kwestiach praktycznych, takich jak kwalifikacje zawodowe, organizacja podróży, współpraca administracyjna i codzienna biurokracja.
Krótko mówiąc, wszystko, co ogranicza papierkową robotę, zasługuje na natychmiastową nominację do Pokojowej Nagrody Nobla. Portugalska biurokracja nie jest gorsza niż brytyjska, która też nie jest aż tak straszna. Ale połącz te dwie biurokracje, a nagle zaczynasz zbierać zaświadczenia, o których nigdy nawet nie słyszałeś, a każde z nich wymaga trzech kserokopii, dwóch podpisów i kogoś o imieniu Fernando, który z ogromnym entuzjazmem je podstempluje.
Zmiany psychologiczne
Być może największa zmiana będzie miała charakter psychologiczny. Polityka wpływa na poczucie pewności. Osoby rozważające przejście na emeryturę za granicą chcą mieć pewność, że Wielka Brytania nie zmienia się nieustannie co osiemnaście miesięcy. Wizerunek Wielkiej Brytanii ma znaczenie. Portugalia zawsze była niezwykle gościnna wobec brytyjskich rezydentów, czemu ogromnie sprzyjały wielowiekowe przyjazne stosunki między obydwoma narodami. Spokojniejszy klimat polityczny w Wielkiej Brytanii może tylko wzmocnić te relacje. A to oczywiście dobra rzecz.
Oczywiście nic z tego nie zmieni realiów życia emigrantów. Nadal będziecie odkrywać, że portugalscy budowlańcy działają według tajemniczego kalendarza znanego tylko im samym.
Nadal będziesz przekonany, że każde rondo z dnia na dzień zyskało co najmniej jeden dodatkowy zjazd. I nadal będziesz twierdził, że nigdzie nie grillują świeżych ryb tak dobrze jak tutaj, w Portugalii, choć w głębi duszy będziesz tęsknił za porządną kiełbasą Cumberland i tym sporadycznym, podkradanym pełnym angielskim śniadaniem, na które od czasu do czasu sobie pozwalasz. No dalej, wiemy, że je masz. Nie oszukasz oszusta!
Zasadniczo, pomimo wszystkich sporów w Westminsterze, życie tutaj toczy się dalej, tak samo jak w Wielkiej Brytanii. To chyba największa lekcja, jaką może nam dać polityka. Tak, rządy przychodzą i odchodzą.
Tak, pojawiają się nowi premierzy, wygłaszają swoje starannie wyreżyserowane przemówienia, prezentują te chwytliwe (choć nudne) hasła, by w końcu zniknąć we mgle i trafić na lukratywne trasy wykładów po kolacji.
Słońce wciąż wschodzi
Tymczasem słońce wciąż wschodzi nad Algarve, kawiarnie nadal serwują wyśmienitą kawę za zaledwie kilka centów, Atlantyk pozostaje wspaniale błękitny, a gdzieś brytyjski emigrant wyjaśnia zdumionym portugalskim sąsiadom, dlaczego ktokolwiek miałby dobrowolnie oglądać krykiet przez całe pięć dni.
Zbliżająca się „koronacja” Andy’ego Burnhama niewątpliwie wywołała lawinę nagłówków przewidujących dramatyczne zmiany.
Takie „przełomowe” wydarzenia polityczne zawsze wydają się je zapowiadać, prawda? Jednak rzeczywistość dla większości Brytyjczyków mieszkających w Portugalii będzie prawdopodobnie uspokajająco zwyczajna. Nadal będziemy dyskutować o kursach walut i narzekać na biurokrację, jednocześnie z ciekawością obserwując brytyjską politykę z pełnego szacunku dystansu. Będziemy to jednak robić, popijając nasze Vinho Verde w trzydziestostopniowym słońcu. A potem spoglądniemy w stronę Atlantyku, wzruszymy ramionami i z radością stwierdzimy, że cokolwiek by się nie działo w Westminsterze, przyjazd tutaj, do Portugalii, był w sumie całkiem dobrą decyzją. Co, jeśli się nad tym zastanowić, jest cudownie brytyjskim sposobem patrzenia na świat. Sceptyczny, ale cicho optymistyczny. Zawsze lepiej jest dyskutować o polityce w miejscu, gdzie rutynowo serwuje się wyśmienite owoce morza i podaje się na stół najwspanialsze wino w cenie, która nie zrujnuje naszego starego, dobrego portfela.







Follow us on social media