Ale miałem trójkołowiec - jeden z tych małych trójkołowych pojazdów z pedałami przymocowanymi do przedniego koła, solidnymi gumowymi oponami i bez hamulców. Był bardzo prosty, z nisko położonym środkiem ciężkości, który miał zapobiegać upadkom. Cóż, udało mi się to, imponujące salto nad przednią kierownicą, które rozcięło mi podbródek. Przy tej okazji nagrodziłem się szwami i nie mogłem się doczekać zdjęcia plastra, by móc pochwalić się kontuzją.


Nigdy nie miałem własnego dwukołowca

Moi rodzice musieli być przewidujący. Czasami pożyczałam od mamy rower, staromodny czarny jednoślad bez przerzutek, ale z hamulcami i koszykiem z przodu. Razem z moją przyjaciółką jeździłyśmy w niedzielę wzdłuż kanału z radiem tranzystorowym w koszyku, słuchając Radia Luxemburg, dopóki sygnał nie zaczął zanikać. W tamtych czasach nie mieliśmy sprzętu ochronnego - żadnych kasków, ochraniaczy na łokcie czy kolana, rękawiczek, pancerzy - nie było też świateł, a ty miałeś szczęście, jeśli miałeś tylny błotnik z odblaskiem. Jeśli się przewróciłeś, otrzepywałeś się z kurzu, gdy wszyscy drwili, i wsiadałeś z powrotem. Parchate kolana były na porządku dziennym. (Och, rozkosze zrywania jednego i czekania, aż wyrośnie mniejsze, i zrywania go również, aż w końcu się zagoi!).

Spadłem też z tego roweru - skręcając w bok, starszy facet na motocyklu nie zauważył mnie i uderzył w przednie koło. Byłem bardziej przerażony tym, że rozbiłem rower mojej matki, niż moimi własnymi obrażeniami - które były niewielkie - i tak się rozpłakałem, że nikt nie mógł wydobyć ze mnie żadnego sensu, więc zostałem odwieziony karetką. Och, wstyd, ponieważ chłopak, który był świadkiem tego wszystkiego - nawet płaczu - był chłopcem z mojej szkoły, który był stażystą w St John's Ambulance Brigade. Nigdy więcej nie mogłem spojrzeć mu w oczy. To były tylko siniaki i skaleczony palec.

Dodanie małego silnika

Przechodząc dalej, jako dorosła osoba wylądowałam na jakiś czas na Bermudach. Oboje z mężem mieliśmy motorowery, które były prawdopodobnie tylko trochę szybsze niż bieganie, ale nic nie mogło się równać z jazdą w słońcu z wiatrem strzepującym piasek z nóg. Nie było jednak nic gorszego niż drżenie w ulewnym deszczu i walka o naprawę suchej świecy zapłonowej na poboczu drogi, wyglądając jak uczestnik konkursu mokrego podkoszulka. Moja była starą używaną Hondą 50, która miała pedały, których można było użyć, aby dodać trochę mocy do pokonywania wzniesień. Koszyk z przodu był przydatny do robienia zakupów i wiązania kasku w razie potrzeby.

Cóż, spadłem z niego dwa razy. Po raz pierwszy wpadłem w poślizg na mokrej drodze, kończąc z mokrym tyłem, gdy taksówkarz krzyczał, że blokuje drogę. Za drugim razem udało mi się wjechać w bezlitosną skalną ścianę. Nie wiem jak to zrobiłem - ściana miała około 10 metrów wysokości i nie dało się jej ominąć. Z tego też wyszedłem lekko, tylko poobcierane kostki i kilka siniaków.

Większe rowery

Pojawiły się większe motocykle, ale teraz byłem - prawdopodobnie mądrze - tylko pasażerem. Tym razem była to pełna ochrona, kask, rękawice, skóry, zbroja na ciało, buty ze stalowymi palcami - nie ryzykowałem przy prędkościach, które podlewały oczy.

Morał z tej historii? Przypuszczam, że należy bardziej dbać o bezpieczeństwo i sprzęt od samego początku, aby młodzi ludzie przyzwyczaili się do tego od pierwszego dnia. Oto moja ulubiona nienawiść, hulajnogi elektryczne. Przepisy zdecydowanie powinny zostać zaostrzone. Młodzi ludzie korzystający z nich wydają się nie mieć pojęcia o sposobie korzystania z dróg, niebezpiecznie jeżdżą "we dwójkę" lub przewożą pranie lub torby szkolne na tych małych kierownicach, często z prędkością większą niż dozwolona, z zatyczkami do uszu, a nawet korzystając z telefonu.

Gdzie jest policja, gdy jest potrzebna?